środa, 30 kwietnia 2014

Banana Carmelized Ice Cream



Ostatnie dni w SF są strasznie upalne. Raz za zimno, raz za gorąco. Jakoś miałam dosyc, słodkich wielkich lodów o cudacznych smakach, jak np. marshmallows, albo ciasteczkowe, albo sernikowe. Zrobiłam swoje, domowe i spodobało mi się na tyle, że teraz mrozi się sorbet cytrynowo-pomarańczowy.


Round Trip

W San Francisco jest chyba najbardziej do wytłumaczenia "ale mi już się nie chce". Bo po pokonaniu kilkudziesięciu wzniesień w ciągu kilku dni (i to takich że czasami zastanawiam się, czy jak te samochody jadą w dół, to one nie przekoziołkują się (?))powoduje, taki właśnie takie nastawienie. Może kiedyś będę żałowac, że nie biegałam nad brzegiem oceanu, przy zachodzącym słońcu. Bo w San Francisco, gdziekolwiek nie pójdziesz w dół, musisz się liczyc z tym, że tak dobrze nie ma i z powrotem będzie pod górkę. Mam nadzieję, że chociaż nogi mi się wydłużyły od tego pedałowania.

Ale taka leniwa, to ja nie jestem, aż tak. Jak wspomniałam w poprzednim poście wybrałam się na wycieczkę dookoła San Francisco. Wszystko fajnie oczywiście, dopóki "tam" jechałam w dół, ale już "z powrotem" odliczałam ulice dwie naprzód. Bo ulice tutaj, to najczęściej, albo mają numery, albo idą po kolei alfabetycznie. Więc jadę sobie i mam N, O, P, R, o nie, nie, nie, wepchnęli jeszcze Q (i to na największym wzniesieniu), R, S i jestem w domu. A żeby np. dojechac do oceanu, który widzę z mojej ulicy, muszę zjechac od 21 do 46.

Wstawiam więc zdjęcia z tej mojej wycieczki rowerowej. Można zobaczyc np. Presidio Park z polem golfowym, słynny czerwony Golden Gate Bridge , dawne więzienie Akatraz, Ferry Building i kawałek Chinatown (tam byłam już bardzo zmęczona i nie w głowie mi było zachwycanie się nad chińskimi ulicami).


niedziela, 27 kwietnia 2014

Krótki Przepis Na Coś Słodkiego.

Dzisiaj napiszę przepis na szybkie ciasto/tartę, które robię ostatnio, gdy mam ochotę na coś słodkiego, ale nie chce mi się nigdzie iść, a przypadkiem mam w domu jabłka, albo banany. Z jabłkami jest lepsze, ale akurat kiedy postanowiłam o tym napisać, robiłam z bananów.

Ogólny przepis na ciasto (w zależności od rozmiaru patelni). Potrzebna będzie wysoka patelnia z metalową rączką lub taką, którą można odczepic.

Dla patelni dość dużej:

Ciasto:

150g mąki pszennej
cukier (ja wsypuję 2 łyżki, ale wtedy nie jest zbyt słodkie, można więcej)
2 żółtka
50 g masła, drobno pokrojonego

Nadzienie:
jabłka (4 sztuki) lub banany (4 sztuki)
cukier, około 4 łyżek
50g masła

Wszystkie składniki ciasta mieszamy i wyrabiamy dosc szybko, aż do dokładnego połączenia składników. Robimy kulkę i wstawiamy do lodówki.

W tym czasie przygotowujemy nadzienie.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Jabłka obieramy i kroimy w ćwiartki, banany kroimy w plastry.

Na patelnię wsypujemy cukier i kładziemy masło, często mieszając podgrzewamy, aż zrobi się lekki karmel, wtedy na górze układamy jabłka lub banany. Smażymy około 15 minut (banany o wiele krócej) delikatnie przewracając co jakiś czas, aż zrobią się złociste (lub lekko brązowe).

Wyciągamy ciasto z lodówki i rozwałkujemy je na kształt patelni, starając się, żeby nasz okrąg był nieco większy niż patelnia.

Nakładamy ciasto na owoce i staramy się podwinąć je lekko pod spód. Wkładamy do piekarnika na około 15-20 minut, po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 160 stopni i pieczemy przez około 15 minut (lub gdy ciasto będzie brązowawe).

Wyciągamy patelnię, nożem, delikatnie odkrawamy brzeg ciasta od patelni i nakładamy na nią nieco większy talerz. Przewracamy do góry dnem i nasze ciasto ląduje na talerzu. Jeśli jakieś owoce zostały na patelni to odklejamy je i kładziemy na ciasto. Gotowe!

Mniejszą wersję tego zjadłam po przejechaniu 32 km rowerem po San Francisco. Na zdjęciach widac mniejszą wersję tego ciasta, zrobionego z połowy składników (mniejsza patelnia).


środa, 23 kwietnia 2014

Święconka

Ulice San Francisco pachną jak chińskie pierożki i sos sojowy. Zwłaszcza kiedy wiatr od oceanu miesza ze sobą wszystkie zapachy i uderza w ciebie na każdym progu. Pogoda wydaje się byc zdradliwa. Na zdjęciach widac słońce i piękne czyste niebo, a tak naprawdę miałam ochotę opatulic się dużym szalem.

Zaczęłam zajęcia w collegu. Miałam pierwszą lekcję. Mój poziom to 8, czyli ten najwyższy, więc byc może będę miec indywidualne zajęcia. College będzie chciał mnie zatrzymac, bo za każdego studenta dostają dofinansowanie. Ja mam zajęcia za darmo. Zapisałam się na campus Johna Adamsa, bo jest on najbliżej, rowerem 15 minut i mogę do tego przejechac przez Golden Gate Park, a droga nie jest zbyt stroma.

Zdziwiło mnie to, że w USA wszystko jest takie proste i załatwione od razu. Np. moje zajęcia. Zdaję test z angielskiego, który ustala mój poziom, dostaję kartę studenta i na drugi dzień mogę się już zapisac na lekcje i od razu na nie iśc. Nie muszę przynosic żadnych zaświadczeń, płacic ubezpieczenia, okazywac paszportu itd. itd.

W sobotę zgodnie z tradycją wybrałam się do kościoła, żeby poświęcic koszyk. Zakupy zrobiłam dzień wcześniej w polskim sklepie, gdzie nastałam się w kolejce z innymi Polakami. Zapłaciła za dużo, ale cóż, Święconka to Święconka:) W neidzielę pojechałąm do centrum, gdzie jest kościół katolicki dla Polaków, Słoweńców i Czechów. Ksiądz był Polakiem, a ludzie, którzy przyszli z koszykami byli zarówno Polakami jak i Amerykanami.

Ostatnio pogoda nie była bardzo ładna, więc dużo spacerowałam po okolicy.


środa, 16 kwietnia 2014

Polish Sausage in SF

To będzie moja pierwsza Wielkanoc za granicą. I tutaj w SF zamierzam przygotowac koszyk i pójdę do kościoła. Będę musiała jechać około 20 minut do centrum, bo tylko tam w sobotę będzie można dac koszyk do poświęcenia. Zaopatrzenie w postaci kiełbasy i szynki mam zamiar zrobic w polskim sklepie. Jest jeden na Geary, zobaczymy co mają, mam zamiar przebiec się dzisiaj do Golden Gate Park i potem na północ do Geary, żeby wstąpic do polskiego sklepu. Z ocen na yelp.com wynika, że jest to bardzo dobry sklep z kiełbasami, które właściciel sam robi, a ciasta piecze jego ciocia. No to makowca chyba robić nie będę. Tym bardziej, że mój chłopak i ja chcemy zaprosic na niedzielne śniadanie (albo brunch, jak to on powiedział) dwóch naszych znajomych.

San Francisco, to wymarzone miejsce dla tych, którzy kochają jedzenie. Przez to, że mieszanka kulturowa jest tutaj większa niż gdziekolwiek na świecie, możemy dostac autentyczne jedzenie z każdego zakątka świata. Jest niedaleko mnie taki chiński supermarket, który chiński jest bardzo. Czyli nie masz zielonego pojęcia co jest do czego, oczywiście z wyjątkiem sosu sojowego. Widziałam tam czarnego kurczaka, żywe żaby w kartonie, albo raczej takie co już na ostatnim wydechu były. Mnóstwo ryb, mięsa wszelakiego rodzaju, a wszystko w otoczce charakterystycznego zapachu dla sklepów przeładowanych żywnością, wystawionych na zbyt ciepłą temperaturę. Zakupy tam, zwłaszcza te mięsne na pewno przypłaciłabym całodziennym posiedzeniem na kibelku. Ale w Indonezji nie takie rzeczy się działy, przypomina mi się wtedy... no ale ja nie będę tutaj o kupie przecież pisac.

A napisze za to o kilku ciekawostkach, które mi wydały się interesujące - czyli moje odkrycia tygodnia! hehe

1. Amerykanie mają głównie białe jajka. Moja mam już przeliczyła, że jedno jajko to 1 zł, czyli jak ekologiczne u nas. Ale ja byłam bardziej ciekawa tego, czemu niektóre jajka są białe, a niektóre brązowe i od czego to zależy. Więc jest to uwarunkowane genetycznie. Zależy od kury. Białe kury niosą białe jajka, brązowe - brązowe. Białe kury są lżejsze i mniej mięsne, dlatego nie są przeznaczane na ubój tylko są trzymane jako nioski. Brązowe z kolei są cięższe i mają więcej mięsa, dlatego są również hodowane na ubój. Teoretycznie, chociaż kto tam wie, chyba zależy, która jest tańsza. Z tymże, dawniej w Polsce, gospodynie miały głownie te brązowe kury, żeby można taką było zabic w razie czego. Dlatego w Polsce panuje przekonanie, że brązowe jajka są lepsze.

2. Ciekawostka numer dwa. Miałam tutaj okazję zjeśc marchewki w kolorze buraczanym, zielonym i białym. Pomyślałam najpierw, po zjedzeniu kilku, że to pewnie GMO. Ale okazuje się, że nie. Marchewki występują we wszystkich tych kolorach w naturze, ale jakimś cudem (podobno Holendrzy) rozsławili pomarańczowe.

3. Ciekawostka numer trzy. Amerykańskie przepisy podawane są w kubkach, a kubek to nie szklanka, tylko filiżanka tak jakby.

Wybrałam się pewnego ranka na market artystyczny na West Portal. Były tam bardzo drogie, ładne rzeczy, niektóre użyteczne, niektóre widząc, myślałam "że komuś się chciało". Książka jako pudełko:

niedziela, 13 kwietnia 2014

Paper

Nareszcie mam tutaj rower. W sobotę wybrałam się do centrum. Trochę to dziwne, że jestem tutaj już 4 tygodnie, a w centrum byłam zaledwie dwa razy. Mieszkam w dzielnicy nazywanej Sunset. Tutaj jest bardzo spokojnie, drogi skrzyżowane pod kątem prstym tworzą miłą dla oka siatkę. Zgubic się tutaj trudno (czego nie mogłam powiedziec o Newcastle). W okolicy przeważają chińskie sklepy, chińskie i tajskie jedzenie i oczywiście większośc mieszkańców to imigranci z Azji. Jest tutaj spokojnie, czas płynie wolniej. Zimne powietrze od oceanu potrafi nieźle wyziębic.

W centrum jest zazwyczaj cieplej, nie ma mgły, a ulice potrafią bardzo szybko się zmieniac. Mamy np. ulicę Market, przez którą przejechałam rowerem (zdecydowanie za daleko, bo potem musiałam wspinac się na wzgórza w drodze powrotnej). Więc Market, zaczyna się nieciekawie, na chodnikach przesiadują bezdomni, pootulani w grube koce, pomimo bardzo wysokiej temperatury. Grają oni w karty, szachy, albo po prostu siedzą. Można przejechac kilkadzisiąt metrów i mamy ekskluzywne sklepy, tabuny turystów czekających na popularną kolejkę, która wspina się po jednych z najwyższych wzniesień. Jest tak dużo restauracji, atrakcji, sklepów z pamiątkami, że trudno to wszystko objąc wzrokiem. Zdecydowanie męczące miejsce na dłuższą metę.

Do centrum wybrałam się też dlatego, żeby pójśc do sklepu papierniczego na Market. Sklep był ogromny i niesamowicie wyposażony. Nigdy przedtem nie widziałam tyle pięknych papierów i tego co można z nich zrobic. Kupiłam tam dwa plakaty, jeden ze starą mapą San Francisco, drugi z map świata... potem w domu zorientowałam się, ze jest to mapa za czasów ZSRR.


wtorek, 1 kwietnia 2014

Pink Ladies

Zapisałam się na test z języka angielskiego, żeby sprawdzic na jakim poziomie powinnam wziąc zajęcia. Niestety, następny termin jest dopiero 24 kwietnia. Kampus na którym byłam, budynek wyglądał jak piwnice w szpitalu na Grunwaldzkiej w Poznaniu.

Szkoła znajdowała się niedaleko Alamo Squere i Pink Ladies, czyli charakterystycznych budynków dla SF. Pojawiają się one bardzo często na pocztówkach lub w filmach.

Potem chciałam przejśc się do Dolores Park i kupic coś po drodze do jedzenia i zjeśc tam na trawie. Okazało się, że cały park był rozkopany i nie było nawet skrawka zieleni. Powłóczyłam się trochę po ulicach i poszłam z powrotem na Alamo Squere. Stamtąd stwierdziłam, że do domu przejdę się na pieszo. Ponad godzinna droga, ale przynajmniej widoki były ładne.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...