czwartek, 30 października 2014

Gruziński Przepis Na Klasycznego Duszonego Kurczaka z Sałatką z Buraczków

Książkę Cindy's Supper Club wypatrzyłam w księgarni Green Apple. Od jakiegoś czasu miałam zamiar kupic książkę kucharską, bo nie lubię czytać przepisów z internetu, uwielbiam za to przeglądac te w książkach. Ta, z której korzystam, jest podzielona na regiony świata i kraje i zawiera przepisy typowe dla danego miejsca, których autorka nauczyła się podczas podróży. Polski niestety nie ma, ale znalazłam przepis z Węgier na nasze kotlety schabowe:)
Zrobiłam już kilka dań z tej książki, ale najczęściej była to kolacja i światło nie sprzyjało już do robienia zdjęc.

Niedaleko mojego domu jest sklep Farmer's Market z warzywami, owocami, herbatami, kaszami, mąkami, chlebami i bardziej egzotycznymi produktami z Rosji, Bliskiego Wschodu i wypatrzyłam nawet Delicje, twarożek i krówki! Sprzedają tam Latynoski, które mają duże biodra i pasujące do nich wielkością ogromne kolczyki koła. Usta pociągniete czerwoną szminką, a rzęsy grubo wytuszowane czarną maskarą. Lubię tam chodzic, bo mają bardzo ciekawe rzeczy, a czasami trafiają się jakieś egzotyczne warzywa, których nie mam pojęcia jak przyrządzic.

Do rzeczy więc. Kupiłam tam zwykłe czerwone buraki, bo to taki jesienne warzywo. W książce wyszukałam przepis na buraczki i obok zaraz był przepis na gruzińskiego kurczaka duszonego (nie mylic z uduszonym hihihi).

Kurczak wyszedł bardzo dobry, chyba przez naciskanie, a sałatka z buraczków to taka miła odmiana od tych tradycyjnych.


wtorek, 28 października 2014

My Favorite Place

Lato w San Francisco właśnie się zaczęło i wcale nie wygląda na to, żeby chciało stąd w ogóle odejść. Lipiec i sierpień spowite były przez mgły znad oceanu i chłodne wieczory, żeby to w sierpniu ogrzewanie włączać! Teraz śpię przy otwartym oknie i budzą mnie śpiewy ptaków, z ogrodu.

W Ogrodzie Botanicznym życie cały czas trwa, nie ma śniegu, który zasypałby kwiaty i ścieżki. Część roślin zakończyła swoją pracę w tym roku, drzewa posiwiały jak babcie, a kwiaty utraciły płatki, które dołączyły do reszty brązowych pozostałości na ziemi. Inna część roślin obudziła się do życia pod wpływem większej ilości słońca i deszczu, rozkwitły wybuchając barwami i zapachami tak pięknymi, że nie da się przejść obok bez nawet pojedynczego zerknięcia.

Od kiedy zaczęłam oprowadzać dzieci po ogrodzie, oglądam każdą roślinę dokładnie z każdej strony i zaglądam do wnętrz kwiatów w poszukiwaniu pylników. Z bliska, nawet niepozorny suchy kwiatek, wygląda na okaz piękna i doskonałości. Zabrałam J. w sobotę rano do ogrodu, żeby poćwiczyć mój program wycieczki na wtorek. Pokazałam mu tak wiele, że na końcu powiedział, że sam by tego nawet nie zauważył.


piątek, 24 października 2014

American Life I

Mieszkam w Stanach już ponad pół roku i niektóre rzeczy, które na początku dziwiły mnie, albo były znane tylko z tv teraz są na porządku dziennym. Dzisiaj pokażę kilka zdjęc, które zrobłam ostatnio, w tym kilka pomysłów DIY dla domu i kilka słów o codziennym życiu w Ameryce.

Wspomnę może najpierw o pralniach, które są tutaj tak popularne. Rozlokowane są co kilka ulic. Pranie najlepiej robic w środku tygodnia, jeśli się am czas, bo w weekend czasami bywa ciężko żeby upolowac pralkę o rozmiarze, który jest potrzebny. Jak to działa? W pralniach są maszyny do rozmieniania pieniędzy na monety 25 centowe, ponieważ za pralki i suszarki płaci się właśnie w 25 centówkach. Najtańsza pralka to 2 dolary, największa kosztuje 4.75$. Suszarki to super wygodne rozwiązanie, są tanie i wystarczy około 40 minut, żeby całotygodniowe pranie było suche. Lubię ten moment robienia prania, bo wtedy idę najczęściej do otwartej naprzeciwko biblioteki i czytam w spokoju ulubioną książkę.


poniedziałek, 20 października 2014

Susie's Cake

W niedzielę rano wybrałam się w końcu do Susie's Cake. Nie mogłam się zdecydowac, który kawałek tortu wybrac i w końcu wzięłam ich słynny red velvet. Na pewno tam jeszcze wpadnę, jak będę w okolicy. Na ulicy Chestnut, gdzie znajduje się cukiernia jest całe mnóstwo restauracji, kawiarni, księgarni, akurat zakończył się tam półmaraton kobiet i było baaardzo tłoczno. Po drodze do domu, zatrzymaliśmy się jeszcze na ulicy Clement, gdzie jest najfajniejsza księgarnia pod słońcem, Green Apple Bookstore. Wysokie, stare półki, aż po sam sufit i mnóstwo używanych książek, w bardzo dobrych cenach. Częśc ulicy była zamknięta, bo był tam akurat Farmers Market, które w niedziele wyrastają w mieście jak grzyby po deszczu:)

sobota, 18 października 2014

San Pedro Valley and Some Cakes Plans

W ostatnią niedzielę z dwójką znajomych wybraliśmy się na krótką wspinaczkę do San Pedro Valley. Szlak nie był zbyt trudny i przeszliśmy go w około godzinę. Słońce grzało bardzo mocno i w ciągu 10 minut byłam opalona na raka. San Pedro Valley znajduje się na południe od San Francisco i tego typu ścieżek jest w okolicy bardzo dużo. Jest ich aż tyle, że nie potrafię ich wszystkich pojąc i w jakiś sensowny sposób połączyć i pookładać w mojej głowie.

Cień dawały drzewa eukaliptusowe, które zostały sprowadzone tutaj z Australii i przyjęły się na suchym podłożu. Nie wiem dlaczego, ale zawsze myślałam, że eukaliptus to rodzaj krzaka, a okazało się, że to całkiem potężne drzewo.

Na stażu pracuję nad terenami, które mogą być potencjalnie chronione i dzięki temu odkrywam coraz to więcej, niezwykłych miejsc dookoła San Francisco. Nie mówiąc już, że w samym mieście mam jeszcze tyle do zobaczenia. W najbliższym czasie wybieram się na słynną, hipsterowską ulicę Haight, w celu zakupienia prezentu urodzinowego. Mam w planie też kilka wycieczek po schodach w centrum miasta oraz wybranie się na dłuższą przechadzkę po Mission czyli mekce lumpeksów i meksykańskich restauracji. Jutro jadę na ulicę Chestnut, żeby naprawic mój aparat, a przy okazji zjeśc kawałek tortu z mojej ulubionej cukierni Susie's Cakes

W ogóle temat cukierni pozostawię na osobny post chyba. Mam kilka miejsc, które muszę koniecznie odwiedzic, między innymi Tartine Bakery oraz Russian Cake.


czwartek, 16 października 2014

Pacific Ocean

Pobiegłam nad Pacyfik. Po jednej stronie była mgła, po drugiej powietrze jakby czystsze. Koniec świata.


środa, 15 października 2014

My Job - Bicycling!

San Francisco to takie niezwykłe miasto, że chodząc uliczkami przenosimy się z każdym krokiem do innego świata. Zaczynamy w centrum finansowym, pełnym wieżowców, hoteli, biur, a kawałek, na ulicy obok, na chodnikach panosza się chińskie stragany z owocami, warzywami, których nazwy i właściwości znają tylko Chińczycy. Sklepy z herbatami, albo suchymi zagryzkami, niewiadomego pochodzenia. Idziemy dalej i lądujemy w dzielnicy włoskiej. Italiano wypatrują klientów ze swych restauracji, namawiają, zakręcając połyskującego wąsa. Wszędzie pizzerie i makron, Mamma Mia! Im dalej na północ tym robi się cieplej, i zielono, zamiast wszechobecnego asfaltu, mamy małe ogródeczki, domki w liliowych kolorach i wspaniałe widoki na miasto.

Jak pójdziemy na zachód, do dzielnicy Tenderloin, to lepiej brać nogi za pas i zmykać stamtąd, zanim nie zostaniemy zadźgani nożem. Serio! To jest niesamowite, że tuż obok tych pięknych domków, całego centrum znajdują się tu slumsy. Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale 90% społeczności tutaj to czarni i niepełnosprawni umysłowo ludzie, takich dziwaków nigdy nie widziałam, nawet w TV. Ja jako blondynka i dziewczyna nie mam co tam robić, a jak przemknąć to najszybciej jak się da, a najlepiej to się tam nie zapuszczać w ogóle. Pamiętam jak kiedyś w Nowym Jorku, pojechałam do Bronxu i tak jak wysiadłam z metra, wyszłam na powierzchnie, rozejrzałam się, zobaczyłam spojrzenia na mnie i poczułam, że czas stamtąd spadać.

Ale zdjęcia dzisiaj nie o tym, a zdjęć z moich ostatnich dni. Czyli wycieczka z dziećmi do Marin, potem poniedziałek z dziećmi na rowerach w Golden Gate Park i na Ocean Beach. We wtorek po raz pierwszy poprowadziłam grupę pierwszoklasistów po ogrodzie botanicznym.

Rano, o 7.30 musiałam wyjechac z domu rowerem, aby byc na miejscu spotkania nad zatoką o 8.30. Pierwszy dzień (Angel Island) był słoneczny, w drugi dzień SF było pogrążone we mgle. Można dojrzec cienki pasek błękitnego nieba pomiędzy wodą, a mgłą.

poniedziałek, 13 października 2014

Angel Island

Moja ostatnią pracę, na pierwszy rzut oka można by nazwac pracą marzeń. Bo kto by nie chciał jeździc z dziecmi na rowerach po wyspie, z widokiem na San Francisco i wylegiwac się na plaży i jeszcze miec za to zapłacone?

Był to mój pierwszy wyjazd z dziecmi jako ich opiekun i szczerze mówiąc bardzo się przy tym zmęczyłam, pomimo że dzieci bardzo sporo czasu spędziły na plaży, kopiąc, budując i walcząc. Wyspa, na którą pojechaliśmy to Angel Island. Popłynęliśmy tam na promie, zostawiając za sobą miasto pogrążone we mgle.

Angle Island, to wyspa z niezwykłą historią. W latach 1910-1940 było miejscem przyjmowania imigrantów z Azji. To tutaj sprawdzano ich dokumenty, bardzo często fałszywe i tutaj oczekiwali oni w pewnego rodzaju, można powiedziec więzieniach, na podjęcie decyzji przez celników, czy zostaną wpuszczeni na teren USA, czy też nie. Czytałam kiedyś o tym książkę "Dziewczęta z Szanghaju", historię sióstr, które były tutaj przez kilka lat, zanim pozwolono im na wjazd do USA. Bardzo często imigranci, byli to tzw. papierowi synowie. Polegało to na tym, że inny imigrant, który miał już obywatelstwo lub status rezydenta w Stanach, dostawał pieniądze od innej rodziny w Azji, na to, aby zadeklarowac, że ma w Azji syna/córkę i chcę ją/jego sprowadzic do Stanów. Wystawienie dokumentu o ojcostwie w Chinach nie było zbyt dużym problemem i w ten sposób bardzo dużo papierowych synów i córek przybyło do USA.

Obecnie budynki po dawnym centrum imigrantów, są opuszczone.

P.S. Mój aparat jest wciąż zepsuty, ldatgeo zdjęcia robiłam tabletem (duże) i małym aparacikiem.


sobota, 11 października 2014

Stairway Walks in San Francisco III

Dzisiaj pokaże kilka zdjęc z ostatniej, jak narazie wycieczce po schodach San Francisco. Ostatnie dni były bardzo pracowite dla mnie, ale i udało mi się dużo zwiedzic, co pokażę w kolejnych postach.

Mam obecnie 4 prace, z czego dwie są płatne, a 2 inne robię dla przyjemności i dla szansy na robienie w końcu tego, co naprawdę chcę. Pierwszą moją pracą jest, praca w restauracji w kuchni, jako kucharz. Chociaż, to może zbyt wielkie słowo, bo moim najtrudniejszym obowiązkiem tam, jest zrobienie omleta. Podszkoliłam mój hiszpański, bo pracuję tylko z Latynosami, a niektórzy po angielsku ani Be ani Me. Za co lubię tą pracę, za to, że moja lodówka, po każdej nocnej zmianie jest pełna i mam darmową kawę.

Moja druga praca to praca z dziecmi. Od niedawna jestem trenerem rowerowym. Czyli jeżdżę z dziecmi na wycieczki rowerowe poza miasto, albo do parku i po prostu pilnuję ich. Czyli robię to co lubię najbardziej, jeżdżę na rowerze. Ostatnio byłam na Angel Island, która jest przepiękna oraz w Marine, po drugiej stronie zatoki. Rejs promem i widok na miasto - bezcenne.

Trzecia praca, to staż w firmie zajmującej się planowanie przestrzennym. To już jest blisko związane z moim wykształceniem. Pracuję na komputerze i krótko mówiąc z bazy danych robię mapy, dotyczące ochrony zdrowia, środowiska albo otwartych przestrzeni. Aktualnie pracuję nad dwoma dużymi projektami, których zleceniodawcami jest kilka "county", rodzaj województw.

Moje ulubiona praca, to wolontariat w Ogrodzie Botanicznym. Chodzę tutaj raz w tygodniu na szkolenie, aby zostać przewodnikiem dla dzieci po ogrodzie. W przyszłym tygodniu sama poprowadzę jedną grupę, więc muszę znaleźc czas, żeby móc się przygotować. Bardzo się cieszę na to i nie mogę się doczekac. Dotychczas, chodziłam na zajęcia, na których zwiedzaliśmy ogród i uczyliśmy się jak w interesujący sposób opowiadac o roślinach dzieciom.

Tak napięty plan wymaga ode mnie bardzo dobrej organizacji i zgrania tego wszystkiego ze sobą, żeby miec jeszcze czas na odpoczynek. Praktycznie nie ma takiego momentu, żeby czegoś akurat nie robiła. Oprócz tego znajduję czas, na to, żeby biegac, pobycz z chłopakiem i zrobic pranie. Marzenie o chodzeniu, jak w Amerykańskich filmach do pralni, spełniło się i okazało się byc jednym z moich ulubionych momentów, bo mam wtedy ponad godzinę czasu, tylko dla siebie i mogę w spokoju wśród 20 pralek zatopic się "Piaskowej Górze" Joanny Bator.


poniedziałek, 6 października 2014

Stairway Walks in San Francisco II

W ciągu ostatnich dni wolnych korzystałam z mojej super książki i wybrałam się na kolejne wycieczki po schodach San Francisco. Całe szczęście wiele z nich jest w pobliżu mojego domu, więc musiałam jedynie wybrać się 10 minut spacerkiem do punktu początkowego.

Weszłam na kolejne wzgórze, na którym pomiędzy eukaliptusami i sekwojami ukryte są domki. Z dołu wyglądają jak sznurek korali. Na górze okazuje się, że tworzą one bardzo przyjemne uliczki (na pewno jest tam przyjemnie chłodno w upalne dni, których ostatnio tutaj nie brakuje).

Jesień, to moim zdaniem najlepsza pora roku w tym mieście. Rano mgła, w południe dużo słońca, a wieczorem przyjemny chłód i przepiękne zachody słońca.

Ostatnio wróciłam do biegania. Chyba bardziej ze względu na powiększający się brzuch niż panującą ostatnio modę. Biegam wcześnie rano około 8.00 nad ocean. A tam jest po prostu przepięknie. Mewy, mgła nad wodą, surferzy, kilka osób spacerujących brzegiem. Przystaję tam na chwilę, schodzę jak najbliżej wody. Rozglądam się dookoła i nie mogę się nadziwić, że ja tu teraz mieszkam.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...