sobota, 21 lutego 2015

Chiński Nowy Rok

Obok mojego domu wiatr wiał od zachodu, przynosił zapach pieczonych ziemniaków i palonych suchych liści. Jeden wdech wystarczył na jedno wspomnienie.

W Chińskiej dzielnicy pachniało słodkimi kadzidełkami i chrupiącą skórką smażoną w głębokim oleju. Upał tylko wzmagał zapachy, a każde spojrzenie zabierało na ułamek sekundy na chińską ulicę, a potem szybko przypominało, że jest się w środku wielkiej metropolii, gdzie granica między tym co chińskie, a co nie, została dawno i jasno określona.

Starsi Chińczycy wydają się jakby nie do końca rozumieć, gdzie dokładnie mieszkają i że ich obecność na ulicach grających w gry jest atrakcją turystyczną. Może w ogóle się tym nie przejmują, tak samo jak nigdy nie przejmowali się nauką angielskiego i rozumieniem kultury zachodu. Młodsi, pewnie ich synowie, to zaradni sprzedawcy. Wyłapują spojrzenia wśród tłumu i hops już zagadują by sprzedać szklane kuli, albo żeliwnego smoka. Maja smykałkę do interesów, 4 pocztówki za dolara i super tania wysyłka żeliwnego smoka do Europy.

Dwa dni wolnego od regularnej pracy spędziłam na rowerze z dzieciakami. Byliśmy w Sausolito, a kolejnego dnia w Chinatown w San Francisco, ponieważ w czwartek był Chiński Nowy Rok. Mieliśmy pójść na dim sum do centrum kultury i niespodziewanie zostaliśmy zaproszeni na obrzędy buddystów. Usiedliśmy za nimi na podłodze i wsłuchiwaliśmy się w mantry, które śpiewała cała sala dla złotego Buddy, ustawionego na ołtarzu. Ważniejsi mnisi byli opasani żółtymi materiałami i mieli zgolone głowy. Z książeczki, którą dostałam, zrozumiałam według tłumaczenia, że w swoich mantrach dziękują Buddzie za wszystko. Było to podobne do naszych katolickich litanii boskich, tylko że o wiele fajniejsze! Po mantrach przeszliśmy do innego pomieszczenia, gdzie był poczęstunek  - tabliczka głosiła, aby zjeść wszystko co si wzięło, co z dzieciakami okazało się być trochę trudne. Spróbowałam prawie każdego, dziwnie wyglądającego dania i czasami miała problem z przełknięciem, ale dałam radę. Zdjęć niestety nie robiłam w tym miejscu, ponieważ czułam, że nie wypada.

Ten Pan na zdjęciu jest właścicielem salonu fryzjerskiego, który znajduje się za nim. Czekając na klientów pogrywa sobie kolędy w czapeczce Gwiazdora:) A tuż obok niego znajduje się fabryka ciasteczek z wróżbami.

niedziela, 15 lutego 2015

Lato w Lutym

Pogoda w San Francisco jest jak latem. Jest tak przyjemnie, że nie chce mi się siedzieć w domu i uczyć do egzaminu na kurs nauczycielski. Najchętniej wsiadłabym na rower i objechała całe miasto dookoła wzdłuż wybrzeża. Ale w głowie tyka mi termin egzaminu i wiem, że jak się przyłożę teraz to będę mieć to z głowy za miesiąc, a pogoda tutaj i tak nigdy się nie zmienia. Pranie można wieszać na dworze, a nie ma nic przyjemniejszego niż ręczniki pachnące wiatrem.

W niedzielne przedpołudnie pojechaliśmy nad wybrzeże,skąd można zobaczyć Golden Gate Bridge, niestety nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł i po 5 minutowym spacerze, zawracaliśmy z powrotem. Ludzie po prostu wysypali się z domów i nie można było znaleźć nawet kawałka miejsca bez kogoś. Pojechaliśmy potem do mojej ulubionej rosyjskiej piekarni, gdzie bardzo lubię ich barszcz, który podają z pieczonym na miejscu chlebem. Chleb jest taki jak w Polsce i jak nałożę na niego masło to nic więcej już do szczęścia nie potrzebuję:)


środa, 4 lutego 2015

Plaża Czarnych Muszli

Budzę się w środku nocy i wydaje mi się, że to już wczesny poranek. Już mam zamiar otworzyć szeroko oczy, ale coś mi w tym świetle nie pasuje. Spoglądam przez okno, a tam twarzą w twarz ze mną księżyc wisi na niebie. Na ogród spuścił swój złoty pył i teraz wszystko jest jak oglądane przez starą kliszę, która zżółkła z upływem lat.

Jest takie miejsce nad Pacyfikiem, gdzie kamienie pokryte są przez czarne muszle, które wyglądają jak rafa koralowa na powierzchni. Nie było czarnych pereł, ale za to były zamyślone kraby.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...